"Żurek" to spojrzenie na czas przedświąteczny lecz z punktu widzenia ludzi zupełnie w świecie zagubionych. Starsza kobieta - Halina popędza po zaśnieżonych drogach swoją "trochę nie tego" 18-letnią córkę Iwonkę. Ta zaś dźwiga na rękach niemowlę. Osobliwa przedświąteczna procesja brnie przez śnieg i zaspy. Odwiedzają chaty swej wioski bynajmniej nie z odwiedzinami czy bożonarodzeniowymi życzeniami. Matka Iwonki odwiedza kolejne osoby usiłując w bezceremonialny sposób ustalić ojcostwo swego wnuczka i znaleźć męża dla córki. Kolejni mężczyźni wykręcają się od zarzutów Haliny. Na koniec kobiety trafiają do wioskowego poczciwca Matuszka i jego rodziny, gdzie właśnie trwa "przedświąteczna libacja". Czy w tej zagrodzie znajdą sprawcę ?nieszczęścia? Iwonki? A jeśli nawet to czy to coś zmieni?
Mały spektakl w , którym alkohol, miesza się z prostactwem i nawet jeśli gdzieś pojawia się ludzka życzliwość to także wyrasta z tego podłoża. Czy to rzeczywisty obraz współczesnej wsi polskiej czy tylko subiektywna wizja autorki? W każdym razie trudno szukać tu happy endu rodem z "Wigilijnej Opowieści".
Kolejne opowiadanie "Profesor Andrews w Warszawie" również toczy się przed Bożym Narodzeniem, lecz opowiada o czasie przedświątecznym, który utkwił w pamięci wszystkich Polaków, zapisując się w naszej historii. W tym nieco naiwnym opowiadaniu mającym charakter anegdoty zetknęły się dwie rzeczywistości. Świat kultury zachodniej reprezentuje profesor psychologii rodem z Wielkiej Brytanii. Trafia on do świata zupełnie różnego od tego który jest mu znany i oswojony. Przybywa do PRL-owskiej aglomeracji, gdzie ma wziąć udział w odczytach, konferencjach. Już na wstępie zostaje zagubiona część jego bagażu, następnie trafia do mieszkania, które ma być jego lokum, lecz jest ono zupełnie odmienne od znanych mu standardów. Jeszcze alkohol podczas wieczornego posiłku, a następnego ranka profesor budzi się w zgoła odmiennej rzeczywistości. I nie dzieje się to za sprawą nadmiaru alkoholu. Telefon jest wyłączony, na ulicy pod domem psycholog widzi czołg. Profesor nie może skontaktować się ze swoimi polskimi współpracownikami w sprawie odczytu jaki ma dać po południu. Gubi się na mieście. Z trudnością odnajduje z powrotem blok i klatkę ?swojego lokum?. Brakuje mu żywności, nie rozumie zupełnie tego co się wokół niego wydarza: kolejki, transportery opancerzone na ulicach, grupki żołnierzy...Stara się nowo zastaną rzeczywistości interpretować w oparciu o znane sobie zasady psychoanalizy ale i to zawodzi. Po pewnym czasie Andrews zaczyna brać udział w rytuałach, których nie rozumie: stanie w kolejkach, kupowanie choinki, karpia. Trafia w końcu do domu przypadkowo napotkanego Polaka tu zaczyna się jego wielki powrót. Lecz czy kiedykolwiek zrozumie to co się dookoła niego działo? W czym nie pomógł mu jego naukowy umysł ani zachodnie standardy i wzorce?
O ile poprzednie opowieści mają charakter anegdot, czy opowieści wymyślonych, wysublimowanych, o tyle "Bardo" jest historią wpisującą się w historyczność, ten jej rodzaj który ociera się o granice mistyki. Gdyż jak pisze Olga Tokarczuk: "czas bez opowieści jest martwy", a niemal pół tysiąca lat opisanych w "Bardo", zaczyna żyć dzięki opowieści o tamtejszej szopce. Jest to poetycki opis jej historii, która w sposób udokumentowany zaczyna się w 1591 roku. Szopka przez lata swej rozbudowy stała się główna atrakcją Barda ale także jedną z najciekawszych szopek w ogóle. Po II wojnie światowej opiekę nad jej szczególnością roztoczyła pewna kobieta, nauczycielka i malarka, której prawdziwego nazwiska autorka nie wymienia. Z biegiem lat owa kobieta stała się nie tylko protektorem szopki ale także jej ostatnim współtwórcą i jedynym dokumentalistą.
Olga Tokarczuk dzieje szopki wpisuje w rytm kolistości: początku i końca procesów oraz zmian zachodzących w samej konstrukcji szopki oraz w historii miasteczka, ponieważ jak się okazuje dzieje szopki w sposób tragiczny zbiegły się z wydarzeniami dotykającymi Barda...
Według autorki doskonała szopka powinna "przedstawiać wszystko, nie po to by moment narodzin Boga przedstawić światu, lecz odwrotnie aby cały świat pod postacią szopki przedstawić Bogu". Czy szopka bardzka miała taki charakter? Czy może ktoś zdobędzie się na wysiłek aby może miała go w przyszłości? A może powstanie kiedyś zupełnie inna szopka spełniająca tę ideę?
Wszystkie opowiadania nawiązują w jakiś sposób do czasu Bożego Narodzenia. Okres ten to także czas zimowych opowieści, nie takich, które pasują do odgłosu palącego się w piecu drewna, niepowtarzalnej aury zimowego misterium, w którym ciemność i mróz za oknem wraz z tańczącymi płatkami śniegu odgrywają główne role. "Opowiadania zimowe" Olgi Tokarczuk osadzone są w o wiele bardziej surowej scenerii. Wśród zagubienia, wyobcowania i ludzkiej mizerii. "Opowiadania zimowe" należą do tych spośród nielicznych, w których autor podejmuje się samodzielnej interpretacji czytając swoje utwory. Olgę Tokarczuk dzielnie wspiera oprawa dźwiękowa Piotra Klimka.