Południowe Indie. Bangalur. Lotnisko. Ląduje samolot - piękny, majestatyczny jambojet europejskich linii lotniczych. Zatrzymuje się. Otwiera się właz. Wylega z niego hałaśliwy wielonarodowościowy tłum ludzi. Zaraz za nim wychyla się nieco oszołomiona choć pewna siebie młoda kobieta. Szwenda się po terminalu w poszukiwaniu swojego bagażu. Znajduje go, zabiera z sobą i już jest przed wyjściem głównym tuż obok postoju taksówek. Upał nie do wytrzymania. Wszędzie mnóstwo przekrzykujących się ludzi. Patrzy w niebo. Później zaciekawiona rozgląda się na wszystkie strony. Na końcu przychodzi jej do głowy myśl: ,,I co dalej?".
Takie początki są najpiękniejsze, zwłaszcza gdy owo ,,dalej" okazuje się być sześciomiesięcznym przemierzeniem tysięcy kilometrów Azji Południowo - Wschodniej. I tak wszystko, co się ma, nagle musi zmieścić się w jednym plecaku, to, kim się jest, widnieje w paszporcie, natomiast to, czego potrzeba, nazywa się dniem jutrzejszym. Nagle w autobusach stąpamy po drewnianej podłodze, niegroźne dotąd komary zaczynają budzić grozę z powodu malarii, kupienie czegokolwiek zaczyna przypominać wzajemne licytowanie się, a przejazd do sąsiedniego regionu kraju zamienia się w kilkudniową podróż. Nic już nie jest takie, jak było, na wszystko trzeba spoglądać zupełnie innym okiem.
,,Jadę sobie". To dobry tytuł, niezwykle adekwatny. Bo mamy wrażenie, że tak właśnie to się odbywa, tak bardzo po prostu, z łatwością. I nie chodzi o to, że nie jest trudno - bo jest, a raczej o to, że nawet ten trud przychodzi bez trudu, ten wysiłek bez wysiłku. Ot tak.
Amatorzy kwiecistych opisów krajobrazów rozczarują się, nie znajdziemy tu pełnych zachwytu wzmianek o szkarłacie zachodzącego nad fioletowo-błękitną doliną słońca skąpego w purpurze, bo po pierwsze - nie sposób oddać słowami wrażeń żadnego ze zmysłów, każdy to wie, po drugie - szkoda na to czasu, gdy trzeba opowiadać o ludziach. A ich jest najwięcej. Odkrywamy, że w każdym z tych zakątków, u stóp wspaniałych gór, nad brzegami bezkresnych mórz i mulistych rzek nie mieszkają tylko słonie, ale przede wszystkim ludzie, a wraz z nimi ich gościnność, krętactwo, uśmiech, nieśmiałość, ciekawość, ubóstwo, chciwość, serdeczność i wszystko inne. Jest to odkrycie bardzo cenne wbrew pozorom, nie często bowiem udaje nam się zwrócić na nich uwagę w podróży (i nie tylko).
I jeśli to wszystko nie utwierdzi nas z przekonaniu, że podróżowanie jest rzeczą banalnie prostą, autorka przygotowała coś jeszcze. Jest nim zbiór praktycznych rad dla tych, którzy nie wiedzą, jak taką podróż zaplanować i pojęcia nie mają, o czym trzeba pamiętać, gdy już się wyjechało. Znajdziemy tam mnóstwo porad począwszy od tych dotyczących przechowywania pieniędzy, sposobach ich wydawania, a skończywszy na uwagach higienicznych i logistycznych. To wszystko stanowi część drugą, suplement.
Pora przejść do strony dźwiękowej. Głosu autorce użycza doskonale wszystkim znana Maria Peszek. Ona jednak nie jest podróżniczką, a nawet, gdyby mówiła, że nią jest, nie uwierzyłbym w to tak łatwo. Ma niezwykle piękny głos, którego przyjemnie się słucha, jednak nie przemierza ona tych wszystkich krajów, nie zatrzymuje w tych wszystkim miastach, nie poznaje tych wszystkich ludzi. Tylko czyta. Właśnie dlatego nie uwierzyłbym, gdyby powiedziała, że jest podróżniczką, co najwyżej dobrym lektorem. Choć i to budzi pewną wątpliwość, gdy zaczną nas denerwować dość oryginalne interpretacje intonacyjne niektórych zdań i obojętność, chwilami przechodząca w znużenie.
Warto wspomnieć, że do książki dołączone są opatrzone krótkimi notkami zdjęcia z wyprawy, przede wszystkim zdjęcia napotkanych ludzi z którymi chciałoby się porozmawiać choć przez chwilę.
Jeśli więc szukamy odwagi i motywacji, by wyruszyć w drogę, jest to doskonały przewodnik, który pozwoli nam je odnaleźć.
| Fabuła |
4 |
| Interpretacja |
3 |
| Efekty specjalne |
|
| Grafika i estetyka opakowania |
4 |
| Jakość techniczna nagrania |
5 |
| Ogólne wrażenie |
4 |