Na czwartej stronie okładki czytam m.in.:
Opiekun jak wcześniejszy Bigamista, bulwersuje i wywołuje mieszane uczucia. Powieści tego typu przewrotnie szydzą z zastanego systemu wartości, odwołując się do najintymniejszych doznań ludzkich. Pytają o prawdę, do której niewygodnie się przyznać. Irytują i bawią, bywają odsądzane od "czci i wiary" w polemikach internetowych i jednocześnie proponowane są na portalu Allegro w kategorii "humor".
Zachęcające, nieprawdaż?
Werner Werner [sic], samotny i bezrobotny mężczyzna po czterdziestce, nie szukał pracy, on szukał pieniędzy. Jako urodzony nonkonformista nie mógł zgodzić się na świat, który go otacza, a który streszcza się w gazetowych ogłoszeniach. Wszak za każdym z nich czyha tłusty nadawca, który poszukuje niewolników do swych małych klatek, przez niektórych nazywanych biurami. To oczywiście nie jest praca dla kogoś o tak przedziwnym imieniu i - równie przedziwnym - nazwisku. Od zawsze bezdomny, oprócz tych "kilkunastu ponurych lat spędzonych w domu rodziców". Bezdomny oczywiście nie w tym potocznym, "prymitywnym" znaczeniu. Bezdomny w sposób wyższy, właściwy tylko wybranym.
Jakimś cudem, znajduje jednak ogłoszenie godnego swej osoby:
"Pilnie poszukuję kobiety lub mężczyzny do opieki nad trzynastoletnim chłopcem, których towarzystwo byłoby poważną konkurencją dla telewizora i komputera. Osób potrafiących w sposób interesujący wypełnić czas swym podopiecznym. Komunikatywnych, zaradnych i energicznych. Lubiących dzieci, nawet te niegrzeczne."
Z ogłoszenia wnioskuje, że dziecku potrzebna jest "męska ręka" (dlaczego?). Odpowiada. W ten sposób znajduje pracę u Ewy Shuetz. Za poważne pieniądze ma opiekować się "małym terrorystą", który w ostateczności okazuje się ponadprzeciętnie rozwiniętym dzieciakiem, który pod wpływem Wernera, w ciągu zaledwie kilku dni, zostaje jednym z najlepszych uczniów w szkole oraz przykładnym synem, mówiącym językiem trzydziestoletniego psychologa. Problem wychowania schodzi raczej na dalszy plan. W takim razie o czym jest ta książka? Jakie niewygodne pytania stawia i jakie najintymniejsze doznania porusza?
Ważniejszy od tych pytań wydaje się sam Werner Wernera Skupia na sobie uwagę nie tylko nazwiskiem. Doskonały kierowca rajdowy, tenisista, narciarz, strzelec, pływak, marynarz. Osoba doskonale znająca angielski, sztukę, świetnie rysująca, no i oczywiście muzyk! Dał się poznać jako gitarzysta i pianista. Gdzie pojawia się Werner Werner, tam jego gwiazda błyszczy. Prawdziwy mężczyzna, który nauczy korzystać z życia, ponurą i przewidywalną Ewę (ona, w przeciwieństwie do niego, gra z nut) oraz wskaże właściwy kierunek jej synowi. Jego postaci towarzyszy aura tajemniczości, nie wiemy kiedy opanował wszystkie te umiejętności. Możemy za to z całą pewnością, już po pierwszym rozdziale, stwierdzić jak się to wszystko skończy.
Wydawnictwo Biblioteka Akustyczna postanowiło umilić nam odbiór tej książki. Umieściło ją w swojej Kolekcji Literatury Współczesnej. Jest to niezwykle ważna seria, która wiele zmienia na polskim rynku audiobooków. Na pewno warto wydawać współczesnych pisarzy, choć być może po tym co napisałem do tej pory, wydaje się to mało przekonujące. Każdy jednak powinien mieć prawo do własnej oceny książek pisanych współcześnie.
Jacek Kałucki doskonale "wczuł się" w nastrój Opiekuna. Czyta przyciszonym, spokojnym głosem. Czasem ? niestety - aż ciężko dosłyszeć myśli głównego bohatera. Czasem z kolei - na szczęście ? zmienia ton z lekko wstawionego poety-filozofa, wygłaszającego swe sądy w oparach papierosowego dymu, na fantastycznie emocjonalny, świetnie oddający żywioł np. kłótni. Długo w mojej pamięci pozostanie burzliwa wymiana zdań między Ewą a jej matką.
Czy można było przeczytać ten tekst inaczej? Treść podporządkowana jest głównemu bohaterowi, więc trudno powiedzieć. Wydaje się, że Jacek Kałucki zrobił co mógł.
Książkę oczywiście polecam. Niewiele jest książek, których nie warto przeczytać. Ta na pewno wpisuje się w pewien renesans rozważań o roli mężczyzny i/lub ojca we współczesnym świecie. I za to należy się jej plus, tylko czemu to wszystko jest takie proste, do bólu stereotypowe?
Czy tylko tak można pisać o relacjach między dojrzałym mężczyzną i dorastającym chłopcem? Może sama sytuacja już u źródła jest banalna? Raczej nie. Udowadnia to choćby film Wszystko będzie dobrze Tomasza Wiszniewskiego.
Wracając do początku. Nie poczułem się ani przez chwilę zbulwersowany, zirytowany, a tym bardziej rozbawiony treścią. Banał, on rzeczywiście... bulwersował i irytował - tylko czemu nie bawił?