Nie od dziś wiadomo, że łatwiej jest napisać dobrą, zapadającą w pamięć powieść, niż dobre, tak samo mocno oddziałujące na
czytelnika/słuchacza opowiadanie. W dłuższej formie autor łatwiej może zaciekawić nas losem bohaterów, przekonać do swojego stylu, czy wreszcie "rozkręcić" fabułę.
Choć żyjemy w czasach, kiedy uwagę odbiorcy trzeba przyciągnąć od razu -- doskonale widać to na przykładzie muzyki rozrywkowej: w latach siedemdziesiątych spora część naprawdę dobrych utworów rozwijała się bardzo długo, dziś na zajęcie uwagi typowego miłośnika rocka czy popu piosenka ma zaledwie parę sekund -- na szczęście powieść, mimo wszystko, dalej posiada jeszcze ten przywilej, że na zainteresowanie swoją historią może ,,pracować" przez kilka, kilkanaście, a czasem i kilkadziesiąt stron.
Kilka, kilkanaście -- a już góra kilkadziesiąt -- stron to mniej więcej tyle, ile często liczy przeciętne opowiadanie. Dlatego też znacznie rzadziej ten gatunek zapada nam w pamięć. Przykładowo kultowa powieść ,,Buszujący w zbożu" J.D. Salingera, choć tak naprawdę pozbawiona ciekawej intrygi i niecharakteryzująca się specjalnie porywającą akcją, przeszła do historii dzięki postaci głównego bohatera, który przez swoje myśli i poglądy stał się w pewnym sensie idolem wszystkich autsajderów. Któż jednak pamięta którekolwiek z opowiadań tego samego autora, zamieszczonych w książce ,,Dziewięć opowiadań"?
Trochę podobnie sprawa wygląda z Arthurem Conanem Doylem. Ten także nigdy wprawdzie nie pisał ,,cegieł", niemniej jego ,,Studium w szkarłacie", ,,Znak czterech" czy wreszcie ,,Pies Baskerville'ów" były na tyle obszernymi pozycjami, że wszystkie swoje największe atuty mistrz gatunku zdążył w nich zaprezentować.
Nie znaczy to oczywiście, że opowiadania z góry skazane są na porażkę, czy też że są z samej swej istoty gorsze. Rzecz w tym, że raczej powinny znajdować się w większej ,,grupie", występować w jakimś szerszym kontekście. Skoro jesteśmy przy Holmesie, powołajmy się na pewne metaforyczne, bardzo nośne ostatnio porównanie pracy detektywa do pracy interpretatora tekstu. Tak jak najbardziej nawet doświadczony detektyw -- chociażby tak genialny, jak Holmes -- raczej nie rozwiązałby sprawy, mając zaledwie dwie, notabene oderwane od siebie przesłanki, tak żaden krytyk literacki nie oceni jakości konkretnej literatury, mając do badania dwa, w dodatku mniej lub bardziej przypadkowo dobrane opowiadania (a tyle właśnie opowiadań na jednej płycie serwuje nam Wydawnictwo Mozaika). Albo też z drugiej strony: tak jak żaden przewrotny przestępca nie ułoży swojego chytrego planu z dwóch niepozornych elementów, tak i pisarz nie stworzy spójnej całości z dwóch opowiadań. Wniosek z tego jest zatem bardzo prosty: opowiadania z reguły -- bo oczywiście zdarzają się wyjątki -- nabierają większego sensu, kiedy wydawane są w zbiorze, dzięki czemu współgrają ze sobą i wzajemnie się uzupełniają.
Co tymczasem można powiedzieć o ,,Diamencie Mazzariniego" i "Trzech panach Garrideb"? Bardzo niewiele. Napisanie czegokolwiek o tym drugim tytule sprawiłoby, że bezcelowe stałoby się jego słuchanie, bowiem przy tak krótkiej fabule musiałbym po prostu zdradzić za wiele. Analogicznie sprawa wygląda z ,,Diamentem Mazzariniego"; tutaj jednak trudno odmówić sobie pokusy poczynienia pewnych uwag. Niespodziewanie bowiem opowiadanie to dodatkowo ironicznie podsumowuje omawiane pozycje.
Tym, co na wstępie rzuca się w uszy słuchacza, pozostaje fakt, że sprawa kradzieży drogocennego diamentu jest od razu rozwiązana. Gdyby zatem było to czyjeś pierwsze spotkanie z Sherlockiem, musiałby on przyjąć niezwykłe umiejętności dedukcyjne tego ostatniego na wiarę. Wiadomo bowiem, kto ukradł, wiadomo też wszystko na temat przestępczej działalności złodzieja i jego towarzysza. Holmes czeka po prostu na złoczyńców w mieszkaniu, a ci zamierzają przyjść i zlikwidować wścibskiego detektywa. Sprytny Sherlock zostawia stawia zatem przy oknie swoją podobiznę, świetnie wykonaną kukłę, która ma zmylić jego przeciwników... Więcej zdradzić nie można.
Wbrew temu, co sądzą przeciwnicy audiobooków, książka mówiona staje się -- a właściwie już się stała -- pełnoprawną formą przekazu literatury. Tak samo więc, jak książka drukowana, audiobook podlega weryfikacji i ocenom. I właśnie szacunek do audiobooka jako samodzielnego przekazu artystycznego, sprawia, że omawianą pozycję wręcz wypada tu skrytykować. Gdyby ,,Diament Mazzariniego" był darmowym -- lub półdarmowym -- produktem dołączonym do jakiejś gazety, na jego zawartość można by przymknąć oko. Tak jednak nie jest. Opowiadania same w sobie nie są złe -- w końcu to Doyle -- lektor, Jacek Rozenek, także sprawnie wywiązuje się ze swego zadania, wszystko to jednak nie zmienia faktu, że prawie piętnaście złotych za godzinę i pięć minut słuchania jest ceną stanowczo wygórowaną. Tak czytelnik książki drukowanej, jak i słuchacz audiobooka wymagają przede wszystkim poważnego traktowania i nie można im -- podobnie jak detektyw rzezimieszkom -- zamiast pełnokrwistego Holmesa podstawić ładnie wyglądającej kukły.
| Fabuła |
4 |
| Interpretacja |
4 |
| Efekty specjalne |
|
| Grafika i estetyka opakowania |
3 |
| Jakość techniczna nagrania |
4 |
| Ogólne wrażenie |
2+ |